Autor tego obrazu to Rene Magritte, belgijski surrealista. Mniej tandetny niż Dali, mniej kostyczny niż de Chirico. Nieodmiennie i kobieco niejako symboliczny. Ponoć matkę malarza, która zabiła się skacząc z mostu, wyłowiono z suknią nocną zadartą i przykrywającą głowę i ten właśnie obraz utkwił przed oczyma małego Rene. Ale symbolika tego obrazu w odniesieniu do naszej Dialektyki jest inna..i oczywista.

 

 

 

 
Kluczowym wątkiem "Szod" jest wątek damsko - męski, związku miłosnego mężczyzny i kobiety, a ściśle rzecz biorąc jego ewolucji - narodzin, stagnacji i ponownego odrodzenia. Wątek ten rozwija szczegółowo i systematycznie przygotowywana książka pt. "Prolegomena do dialektyki związków miłosnych" - traktakt parafilozoficzny i psychologiczny pisany jednak z dużą dawką ironii, barwnym (choć w sumie nie mi to oceniać) i przystępnym (taką wyrażam niepłonną mam nadzieję - nadzieję)* językiem.

 
*Zatem metanadzieję - nadzieję, że nadzieja będzie niepłonna (nadzieja n+1)  
   

Prolegomena do dialektyki związków miłosnych

O wiecznej namiętności

Wprowadzenie

Książka ta ma dwoje autorów*, obojga płci, i dwa tytuły. Nie jest to wynikiem niezdecydowania (szczególnie, co do autorów).

Książka jest podwójna tak jak dwoiście występują w świecie natury i świecie pojęć: kobieta i mężczyzna, teoria i praktyka, idea i przedmiot realny, ktoś (podmiot) idealny i ktoś rzeczywiście istniejący, podnieta i nuda, najwyższa radość i najgłębsza rozpacz. Tak jak podwójny jest związek miłosny dwojga osób odmiennej płci. W tym sensie pozycja ta jest dość konserwatywna..

Nie jest to poradnik w amerykańskim stylu, zbiór przepisów jak osiągnąć sukces w sprzedaży siebie czy kupieniu kogoś innego, potocznie psychologizujące dzieło w rodzaju: „jak wytrzymać z mężem” czy „jak zrozumieć kobietę”. Może zbliża się jakoś do pozycji noszących w tytule różne parafrazy porady „jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Najczęściej, bowiem, sami robimy wszystko, żeby pozbawić się szansy na życie spokojne a nienudne. Świat człowieka szczęśliwego jest inny niż świat nieszczęśliwego, choćby fakty w jednym i drugim przypadku były te same.

Skoro książeczka ma aż dwa tytuły, warto na wstępie wyjaśnić, co też takiego mogą znaczyć – nie są one, jak niekiedy bywa, mniej lub bardziej przypadkową epifanią autora, obliczoną czy to na tzw. „ładność” brzmienia czy na tzw. „przyciąganie okładkowe”, ważne merkantylnie.

Prolegomena oznacza wstęp, wprowadzenie do jakiegoś problemu. W rzeczy samej, tematyki, o którą ociera się ten tekst wyczerpać niepodobna. Znaczna część literatury pięknej i niemała naukowej traktuje o poruszanych przez nas sprawach. Choć miejscami zawartość tego zbioru wydać się może niejako „postmodernistyczna”, a to chociażby ze względu na pewne gry z różnoraką tradycją: filozoficzną, artystyczną, psychologiczną, to jednak bliżej tu do wycierpienia niźli wyczerpania. Pewne rzeczy trzeba bowiem wycierpieć**, by móc się nimi zająć z jako takim dystansem. A dystans, przede wszystkim do siebie samego, jest w relacji, związku, nader istotny. Co zatem autorzy wycierpieli jest tu podane, z nadzieją, że czytelnik, szczególnie przy lekturze, cierpieć będzie mniej, i nie skończy totalnie wyczerpany.

Pojęcie dialektyki jest pojęciem wieloznacznym. Używane i rozumiane było różnie, na przestrzeni lat, systemów filozoficznych, różnorakich nauk, w języku potocznym. Jeden ze współczesnych filozofów, który specjalnie lubił zagłębiać się w samoświadomość i dylemat samopostrzegania siebie (swego bycia) przez człowieka, Martin Heidegger, pisał, że ewolucja myślenia doszła do „wymiaru dialektyki”. Dialektyka jest więc refleksją nad samą refleksją, myśli się własne myślenie. Dialektykę można też rozumieć jako sztukę wspólnego myślenia, w miarę zgodnego, sztukę rozmowy i wyciągania wspólnych wniosków. W tym sensie przeciwna jest np. erystyce. Tę ostatnią szczegółowo omawia i podaje jej sposoby XIX – wieczny pesymista o buddyjskim zacięciu Artur Schopenhauer (pisze on, w odróżnieniu od Heideggera żywym i barwnym językiem literackim). Erystyka dąży do tego, żeby drugiej osobie udowodnić swoją rację, złamać jej argumenty, nie licząc się z tym, czy chcemy udowodnić prawdę, czy tylko coś, co dla nas samych jest wygodne. Dialektyka jako sztuka porozumienia dwojga ludzi jest dla nas niesłychanie istotna.

Jest też i rozumienie dialektyki, jako troistej (trójetapowej) konstrukcji (czasem, lecz nie zawsze, procesu), gdzie pierwszemu elementowi przeciwstawia się drugi, a w wyniku tego powstaje element trzeci. W tym ujęciu (najsłynniejsze jest takie rozumienie dialektyki idealisty i niemieckiego „państwowego” filozofa – Hegla oraz nawiązujący od niego marksowski materializm dialektyczny) po tezie następuje antyteza, z nich rodzi się synteza, która może stać się następną tezą i proces się powtarza. Teza w naszym wypadku może być różnoraka. Jeśli tezą jest mężczyzna, antytezą jest kobieta, a syntezą ich związek, współbycie, jako wartość dodana, coś „pomiędzy”, zakotwiczone jednak nieodrodnie w nim i w niej. Jeśli tezą jest namiętność czasu zakochania, antytezą stabilność długotrwałego związku opartego na wartościach, to syntezą byłby wartościowy związek, w którym namiętność nigdy nie gaśnie.

Ubogacenia dialektyki o życiowe sprawy relacji damsko – męskiej (szerzej: w ogóle w kontekście obranej przez kogoś praktycznej drogi życia, wyborów, moralności) można doszukać się u kolejnego XIX – wiecznego filozofa, prekursora egzystencjonalizmu, a do tego teologa, Duńczyka Sorena Kierkegaarda.

Końcówka pierwszego tytułu nie powinna nastręczać wątpliwości interpretacyjnych. Chodzi tutaj o wszelakie relacje damsko – męskie, nawiązywane w celu przebywania z drugą osobą, utrzymywania z nią kontaktu psychicznego i erotycznego (w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu – co wyklucza relacje czysto przyjacielskie lub koleżeńskie – choć mawia się, że przyjaźń damsko – męska nie jest w zasadzie możliwa).
Drugim wyróżnikiem „związków miłosnych”, poza obecnością wątku erotycznego sensu largo jest ich, jakaś – znacząca jednak – trwałość w czasie (będzie o czasie, tym niemiłosiernym czwartym wymiarze, w Appendixie I). Mieścić się będą w naszym rozumieniu związków miłosnych wszelakie romanse, kohabitacje, narzeczeństwa, chodzenia ze sobą, sympatie, spotykania się, tzw. „przyjacielstwo erotyczne” itp., ale już nie flirty, przygody jednej nocy czy sanatoryjne podrywy. Trudno przesądzać, jaki minimalny czas stanowi cezurę. Bardzo różnie bowiem stabilizują się związki miłosne, w różnych momentach pojawia się w świadomości ludzi przekonanie, że „z kimś są” etc. etc. Rzecz tyczy się oczywiście też standardowych związków małżeńskich, niezależnie czy w bawełnianej czy diamentowej rocznicy formalizacji współżycia. Na stworzenie dystansu, który zbliża, nigdy bowiem za późno!

Co do wywiedzenia i omówienia pojęcia „miłości” z konstrukcji pojęciowej „związku miłosnego”, jest to we wprowadzeniu niemożliwe. Jeśli pojęcie takie w ogóle na tych kartach się dookreśli, to tylko jako suma całości prowadzonych tu rozważań.

Czas zająć się tytułem drugim. Wieczna namiętność zdawać się może oksymoronem. Szuka się raczej środków zastępczych: w kompromisie, w ewolucji w stronę czystej przyjaźni. Ale na tym to właśnie oksymoronie zasadza się istotna treść książki. Namiętność należy traktować tu szeroko. Oczywiście najsilniej działają konotacje erotyczne, ale nie tylko i nie przede wszystkim o seksualne zainteresowanie partnerem tutaj chodzi, lecz raczej o wszelkie nim zainteresowanie, poczucie pasji wiążące się z drugą osobą, dostarczające bodźców i emocji (i nie przeczy temu fakt, że zainteresowanie bywa często czysto zwierciadlane, jak w powiedzeniu: „Mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie wywarł na kobiecie”).

Idzie o to – jak być wiecznie zakochanym, i to w jednej, wybranej osobie, z którą tkwimy w związku. Jak racjonalnie wybrać irracjonalne doznania. Zwykle bowiem stajemy jako ludzie przed dylematem: albo wybrać nowość i w nagrodę, automatycznie dostać namiętność (automatyzm namiętności) albo zdecydować się na pewną stałość, stabilność, wartość (związek, w którym namiętność już zanikła). Nam chodzi zaś o to, by połączyć automatyzm namiętności ze świadomym wyborem wartości, połączyć irracjonalne z racjonalnym.

Dobrze byłoby, żeby myśl (a także myśl o myśli), często dla związku zabójczą, spiąć z naturalnymi aktami działania. Ożenić wieczność z chwilą, ideę z jej emanacją w najznojniejszej przaśności codziennej. Powtórzeniu zapobiec i powtórzenie wyzyskać dla siebie***. Zabić nudę i wszelkie jej zatrute owoce.

Dlatego i myśli i bezmyślności tu trzeba. Do kogo kierowana jest ta książka? Wydaje się, że przede wszystkim do intelektualistów. Słownikowo, intelektualista to osoba, którą cechuje rozwinięta inteligencja (władza rozumienia, myślenia i rozumowania), szczególna zdolność do krytycznej analizy i syntezy, także bogata wiedza (erudycja). Mało jest osób, które odmówiłyby sobie powyższych przymiotów, tak więc krąg odbiorców jest spory. Dodaje słownik, że intelektualistę cechuje przewaga intelektu nad emocjami. Tu słownik zdaje się tworzyć pewien typ dziwnego cyborga. Emocji deprecjonować absolutnie nie należy. Może raczej chodzi o niekierowanie się, wyłącznie, bezrozumnymi przesądami, zasłyszanymi bzdurami czy też efektem stada lub tłumu i, co nasz szczególnie interesuje, niepoddanie się bezrefleksyjnej wegetacji w nieszczęśliwym związku. Przeciwko wyzutemu z emocji typowi protestujemy, nasz wzorcowy intelektualista jak najbardziej kieruje się, prócz rozumu, także emocjami, co więcej, emocje mu doskwierają, emocje swoje chce uzdrowić (często sublimować). Sprawa to dość złożona, dlatego też w Appendixie II zawarto esej o pseudointelektualistach, rzucający także światło na pojęcie prototypowe.

Wystarczy powiedzieć tylko tyle, że intelektualista to osoba o:
- ponadprzeciętnie rozwiniętej wrażliwości – przede wszystkim w stosunku do siebie, wrażliwości na swoje własne doznania. Intelektualiści, których cechuje głównie wrażliwość na problemy społeczne, mniej nas interesują, gdyż nie jest to podręcznik młodego rewolucjonisty. Ci zaś, którzy przede wszystkim są uwrażliwieni na bliźniego nie znajdą tutaj wiele dla siebie. Ani to moralitet, ani hagiografia;
- dużej dozie samoświadomości i związanej z nią skłonności do analizy i roztrząsania racjonalnego rzeczy (w wydaniu bardziej męskim) lub syntetyzowania i transformowania emocjonalnego (w wydaniu bardziej kobiecym). Szerzej o samoświadomości w Appendixie III.
- pewnym minimalnym oczytaniu i zaznajomieniu z nauką, filozofią i sztuką.

Spełnienie punkt ostatniego jest nie tyle niezbędne, co pomocne w lekturze, gdyż książeczka zawiera pewne odwołania do szeroko rozumianego dorobku kulturowego ludzkości.
Krąg domniemanych czytelników jest zatem szeroki, po pierwsze bowiem, jak już zostało wspomniane, prawie każdy uważa się za inteligentnego i wrażliwego. Po drugie, kto, jak nie intelektualiści kupuje książeczki? Po trzecie zaś, nie brak przedstawicieli tej specyficznej kategorii intelektualistów, których cechuje przede wszystkim wrażliwość na samego siebie.

Jaki jest cel tej pisaniny? Byłoby bezczelnością uważać, że podaje ona recepty i doskonałe rozwiązania problemów tak niesłychanej wagi, o jakich traktuje. Przede wszystkim chce ona problemy takie uświadomić. A to już bardzo dużo, zważywszy, że pewna systematyka dotykających nas w związkach przypadłości (nudy, zdrady, zaniku namiętności, dylematu traconych szans itp.) ułatwia nabycie do nich dystansu i czasami przyczynia się do..śmiechu. Gdy zaś pojawia się śmiech to już bardzo dobrze, gdyż śmiech daje zadowolenie (będzie i o śmiechu w Appendixie IV).

Tak więc, jeśli tylko w tym książeczka niniejsza miałaby być pomocna, że zmniejszyłaby się liczba tzw. „awantur” i „kłótni” w związkach miłosnych, bo jeden lub drugi agresor przypomniałby sobie jakiś rozdzialik i wybuchnął śmiechem, to już zbawiłoby to (a i zabawiło) autorów.
Jak mawiał od śmiechu specjalista, Piotr Skrzynecki: Kto rozbawi ludzi, będzie błogosławiony.

* Niekonsekwentnie (często wystąpi pluralis maiestatis) używa się do wypowiadania wiekopomnej tej treści liczby pojedynczej. Raz rodzaju męskiego, raz żeńskiego, raz nijakiego.
**Zestawienie „wyczerpać” – „wycierpieć” zaczerpnąłem od Krzysztofa Droby, muzykologa i erudyty.
***Pojęcie „powtórzenia” ma swój określony sens filozoficzny u wzmiankowanego Sorena Kierkegaarda. Powtórzenie - potocznie, w sensie jaki nas obchodzi, oznacza następujące po sobie identyczne lub podobne stany, fakty, reakcje, które zabijają świeżość emocji. Co się powtarza, staje się przewidywalne, banalne, nudne.

 

WIĘKSZY FRAGMENT POZYCJI KSIĄŻKOWEJ
(pełne wprowadzenie, wybrane, skrócone rozdziały)
, poniżej 300 kb

Wykres tęsknoty (bez legendy)



Wykres ewolucji związku (bez legendy)